11 września 2015

...

W życiu przychodzą takie momenty, w których wszystko zaczyna się zmieniać. Niewinnie, nieśmiało, po cichu. Zaczynamy dostrzegać całkiem inny świat, którego często nie rozumiemy, albo nie chcemy zrozumieć. Zadajemy tysiące pytań, na które nie znamy odpowiedzi, bo tak naprawdę nigdy jej nie szukaliśmy. Spoglądamy na siebie przez pryzmat przeszłości, a nie jesteśmy w stanie zobaczyć chociaż skrawka przyszłości. Odwracamy się, gonimy za dawnymi marzeniami, ale przecież nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi. Nasze dawne pragnienia nie mają żadnego znaczenia. Czasami wydają nam się być zabawne, niczym lęki z dzieciństwa, pozostawione pod łóżkiem. Dawno przez nas wyśmiane. Czasami myślę sobie, że bałam się odejść, chociaż odejść można na wiele sposobów. Bez słowa pożegnania zamknąć za sobą drzwi, schować klucz do kieszeni, a następnie wyruszyć w podróż przed siebie. Można głośno powiedzieć, z żalem połykając kolejne łzy. Jakby oczekiwało się na słowa, które miałby nas zatrzymać, dać do zrozumienia, że mamy zostać, bo przecież to wszystko jest bardzo ważne. Sama nie wiem, co mam o tym myśleć. Czasami po głowie pląta mi się tysiące spraw, których ja nie potrafię ułożyć w całość. Spoglądam na kalendarz, widzę kolejną datę - dzień, miesiąc, rok - i czuję się przerażona. Zaczynałam jako zagubiona nastolatka, która czasami nie chciała żyć. Pisałam opowiadania, aby nie wyrywać sobie włosów, siedząc wciśnięta między ścianę, a łóżko, przyciśnięta do kaloryfera. Wtedy czułam, że jest to pewien lek na moją duszę. Przelewałam wszystkie żale, obawy, pragnienia, oraz nadzieje. Uśmiechałam się do swoich własnych myśli, ale także traciłam kontakt z rzeczywistością... Byłam samotna, a zarazem otoczona moimi bohaterami, których dobrze znacie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że mam talent. Chociaż nadal tak nie uważam. Myślę, że nauczyłam się pisać przez te wszystkie lata. Wiecie, praktyka czyni mistrza. Oczywiście, że robiłam mnóstwo błędów i nadal je robię. Mam ubogie słownictwo i często gubię spójność fabuły. Czasami miewam takie chwile, że boję się cokolwiek napisać. Mam nieodparty lęk przed tym, że to nie będzie wystarczająco dobre. Wstydzę się sama przed sobą i nie czuję się z tego zadowolona. Wiele się zmieniło od początków tego bloga. Nie chodzi mi o same blogi, ale o mnie samą. Byłam nastolatką, a teraz jestem prawie dojrzałą kobietą. Powoli zaczynam czuć, że tu nie pasuję i nie czuję się z tym dobrze... Ja już nie potrafię tu być. 

Poznałam w tym miejscu wiele wspaniałych osób. Z niektórymi miałam okazję spotkać się w realnym życiu, z innymi tylko w internecie. Czasami kończyło się na jednej rozmowie, albo wymianie komentarzy. Jednak każda duszyczka, która przypadkiem trafiła na tę stronę bardzo wiele dla mnie znaczyła. Nie jestem w stanie opisać tego słowami, bo takie uczucie trzeba po prostu przeżyć. Nie jestem także w stanie wymienić każdego, chociaż bardzo bym chciała. Mam świadomość, że większość z was ma już całkiem inne życie, a mój blog przeszedł do nikłej przeszłości, chwilowej przygody życia. Dlatego w tym momencie wymienię tych, którzy byli ze mną przez ostatni czas. Którzy zagłębiali się w historię Madison i razem z nią przeżywali jej problemy... 
  • Alicjo: Zawsze ceniłam Twoje komentarze. Dawały mi pozytywnego kopa i nadawały sens istnieniu tego miejsca. Był moment, że prowadziłam ten blog głównie ze względu na Ciebie. Już nie raz pisałam Ci, że jesteś wspaniałą osóbką, cudowną artystką i masz niebywały talent. Potrafisz malować słowem, jak mało kto. Nie raz pisałam Ci, że wierzę, że jesteś stworzona do większych rzeczy niż blogowe opowiadanie. Wiem dobrze, że przyjdzie taki dzień, że zakupię Twoją książkę i to będzie najlepsza książka, jaką będzie mi dane kiedykolwiek przeczytać. 
  • Haniu: Już nie pamiętam od kiedy ze mną jesteś. Na którym opowiadaniu się pojawiłaś, jednak nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Poznałyśmy się tu, w tym miejscu, połączyła nas miłość do tego samego zespołu, a także do pisania. Ja nie wierzę w przypadki i wiem, że wszystko po coś jest. Nie komentowałaś systematycznie, jednak zawsze wiedziałam, że przeczytasz te moje wypociny. Już nie raz pisałam Ci, abyś się nigdy nie poddawała i zawsze walczyła. W tym momencie także chciałabym Ci to napisać. Jesteś urocza, wyjątkowa i niepowtarzalna, a przy tym naprawdę urocza. I dobrze wiem, że będziesz miała nazwisko Hudson. Bo tak! 
  • Asiu: Nie znamy się za długo, jednak to nie ma głębszego znaczenia. Zawsze cieszyłam się, kiedy widziałam Twój komentarz pod moim rozdziałem, bo wiedziałam, że nie działa tu ta śmieszna zasada - komentarz za komentarz - Także nadawałaś sens istnienia tego miejsca i wstawiałam rozdziały głównie dla Ciebie. W ostatnich miesiącach walczyłam sama ze sobą, aby dociągnąć wszystko do końca, dla Ciebie. Wciąż czekam na Twoje opowiadanie o Bon Jovi. Możesz się mnie tam spodziewać. Będę zanudzała Cię moimi wrednymi opiniami. 
  • Carrie: Wiesz, że jesteś dla mnie wyjątkową czytelniczką? Bardzo się cieszyłam, kiedy się pojawiłaś na moim blogu. Pewnie dlatego, że nie miałaś w tym żadnego interesu. Sama nie prowadziłaś swojego bloga i byłaś u mnie z czystej woli. Kochałam Twoje komentarz i zawsze na nie czekałam. Cieszyłam się, kiedy widziałam powiadomienie. Tobie także chciałabym powiedzieć, abyś się nie poddawała. Głowa do góry i zdobywać ten podły świat, który przecież jest taki piękny.
  • Anonimowy czytelniku: Dziękuję za Twoją obecność. 
Nie jest to dla mnie łatwe. Nosiłam się z tą decyzją od dłuższego czasu. Nie wiedziałam, jak miałabym ubrać wszystko w słowa. Nie chciałam, aby to była kolejna lista żalów, na kolejnym blogu. Nie chciałam znikać bez słowa. Wspominałam kiedyś, że prowadzenie bloga jest dla mnie swojego rodzaju odpowiedzialnością. Za miejsce, bohaterów, oraz czytelników. Może mam poczucie, że zawiodłam, może gdzieś kuje mnie w sercu, ale nie potrafię inaczej. Mówią, że ze sceny trzeba zejść niepokonanym. Ja na razie czuję się niepokonana. Pozostawiam tę historię Wam. Myślę, że każdy miał swoją własną wizję zakończenia. Nie chcę nikogo rozczarować moją... niech życie Madison potoczy się waszym wyobrażeniem...



Ręce mi się trzęsą. Serce wali jak oszalałe, po plecach spływa zimny pot... 
Na zakończenie dodam, że dziś Mike obchodzi swoje dwudzieste dziewiąte urodziny... 


Chciałabym jeszcze zaprosić na tę stronę: 
Publikuję tam ostatnie odpowiadanie w mojej blogowej karierze.

5 komentarzy:

  1. Rose, cholera jasna, nie rób mi tego! Proszę! Musisz to dokończyć! Musisz to skończyć, jak ty to chciałaś! Proszę!
    Jednak to Twoja decyzja. Ja niczego nie wymuszam. Ale mi smutno...
    Dziękuję Ci bardzo za te miłe słowa! Kurczę, ja tu zawsze będę, nawet jak nie komentuję, to jestem!
    Cholera no...będę tęsknić, Rose!

    A teraz...
    Zapraszam na prolog opowiadania o Bon Jovi!

    OdpowiedzUsuń
  2. Rose...
    Nie wiem, co mam napisać. Siedzę i... płaczę. Nie wiem nawet, dlaczego.
    Jestem tu od roku. Tyle się zmieniło... nadal się zmienia, a ja nie nadążam. Tyle chwil, przez które płakałam ze smutku i myślałam, że tym razem naprawdę nie dam rady. Tyle chwil, które były jednymi z najpiękniejszych w moim życiu. A gdzieś w tle Never Say Goodbye i Twoje słowa.
    Twój blog odcinał mnie na chwilę od tego świata. Podobnie jak przez lbw, Twoje opowiadanie sprawiało, że nie myślałam o tym wszystkim, co działo się w przeklętym świecie realnym.
    Dziękuję Ci za to.
    Opowiadanie to momentami mnie też pocieszało. Chociaż, pamiętać trzeba, że były chwile, w których Mad tylko mnie dobijała.
    Ale mimo wszystko dziękuję Ci za to opowiadanie. Madison się zmieniła, ja się zmieniłam... Obie dojrzałyśmy. Mam ochotę przytulić ją. U niej już niedługo będzie dobrze... wiemy o tym dobrze. A u mnie? Ciekawe, jak to wszystko się potoczy.

    Od dłuższego czasu myślałam, że najlepiej będzie, kiedy to zostawisz. I cieszę się, że to zrobiłaś, wiesz?
    Kiedy pisarce pisanie nie sprawia radości, czytelnicy też tracą radość z czytania.

    Dziękuję jeszcze raz, Rosie.
    I życzę Ci siły. Do życia, tak po prostu. I radości z niego.
    No i siły na pisanie. Chyba nie porzucisz Adasia, co? :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakoś nie chce mi się w to wszystko wierzyć...Nie napiszę ci tu zbyt dużo, więcej napiszę ci prywatnie...Patrząc na moją niesystematyczność to chyba nie byłam 'dobrym' czytelnikiem...Ale dziękuję Ci, że tu byłaś! Kurde...ja sama trochę czasu spędziłam na twoim blogu...Wylałam trochę łez...Różyczko wiedz, że blogger bez ciebie nie będzie taki sam...Ucierpi na tym bardzo. Bardzo, bardzo...Eh. Dziękuję jeszcze raz! I za to co do mnie napisałaś. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedyś Ci wszystko, Rose, opowiem.
    Teraz powiem tylko: dziękuję.
    Czegokolwiek bym nie napisała, internet Ci tutaj nie odda, co się dzieje. Kochana.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak jeszcze głęboko siedziałam w blogach to już odchodziłaś kilka razy, parę lat temu. Trochę mnie to teraz śmieszy, bo co kolejna taka akcja to mam wrażenie, że próbujesz przyciągnąć tym uwagę (może i skutecznie). Nie zdziwię się w ogóle jak za miesiąc czy dwa Ci się odmieni i na tym czy tym drugim będziesz publikować coś nowego. Nie mówię, że to źle, dla czytelników super, tylko po co odstawiać te szopki?

    OdpowiedzUsuń