14 września 2014

Mój świat zaczyna się tam, gdzie kończy się Wasza wyobraźnia

Postanowiłam napisać tą zakładkę na nowo. Informacje, które się tu znajdowały już dawno straciły aktualność, więc doszłam do wniosku, że musicie poznać mnie na nowo. Pod każdym z nagłówków jest ukryty link do piosenki, która wiąże się z moim życiem. 


Życie jest krótkie. Łam zasady, wybaczaj szybko, całuj powoli, kochaj naprawdę, śmiej się bez umiaru i nigdy nie żałuj niczego, co Cię rozbawiło. Nie da się Nas skwantyfikować; pożądania się nie zmierzy. Kiedy zaś blask płomieni Waszego serca ostygnie, oby okazało się, że Waszym współmałżonkiem jest najlepszy przyjaciel bądź przyjaciółka. Intuicja, domysły, instynkt. Ślepe posłuszeństwo zawsze będzie zgubione i pamiętajcie... Śpiewajcie jakby nikt Was nie słyszał; żyjcie jakby był raj na Ziemi.

Rodzice muszą dobrze wychować dzieci, aby biznes dobrze szedł, a jak nie wychowają to są draniami
A wszystko zaczęło się 28 czerwca 1992 roku. Urodziłam się w niewielkim mieście na zachodzie Polski, a następnie zamieszkałam w jeszcze mniejszej miejscowości pod tym miastem. Szczerze, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to były najlepsze lata mojego życia, kiedy wszystko wydawało się być takie proste, kolorowe, piękne, jasne. Cudowne lata, w którym władała miłość, pokój i szacunek do wszystkiego co żyje. Wychowałam się na wsi. Pamiętam doskonale te chwile, w których biegałam z chłopakami po polach zboża, kradłam truskawki z ogródka sąsiadki, a potem z piskiem uciekałam przez płot, właziłam na drzewa i z zainteresowaniem patrzyłam jak tato stara się złowić jakąś rybkę na kolację. Leżałam w trawie nad Odrą, z samochodu leciała Budka Suflera, a ja patrzyłam się w chmury. Marzyłam o mojej przyszłości. Dobrze wiedziałam, że będę artystką. Wkręciłam sobie to. Inne dziewczynki chciały być aktorkami, piosenkarkami, tancerkami, czy innymi księżniczkami (chociaż one też myślały o pewnej formie artyzmu) a ja wiedziałam, że zostanę malarką, albo pisarką. Kiedy zamknę oczy, to jak dziś pamiętam tą chwilę, kiedy miałam siedem lat, usiadłam na schodach domu z małym notesikiem, ołówkiem i stwierdziłam, że napiszę opowiadanie... które skończyło się na pierwszym i ostatnim zdaniu... Pamiętam, jak walczyłam, aby rodzice kupili mi sztalugę, paletę, farby w tubce, pędzel... niestety tego nie wywalczyłam. Już od najmłodszych lat budziła się we mnie ta dusza. W końcu malowałam zawsze i po wszystkim. Cudowne lata spędzone na chodzeniu razem z mamą na łąkę za naszym domem. Letnie wieczory, kiedy kurczowo trzymałam jej dłoń, a następnie siedziałam w trawie. Mama zaplatała mi wianki, abym następnie dumnie mogła wracać do domu z kwiatami we włosach, z piórkiem w dłoni i długiej sukience. Nuciłam pod nosem piosenki Smokie, a następnie zasypiałam właśnie z tą melodią... Chwile, kiedy mój tato siedział na kanapie z gitarą i po prostu grał, a ja patrzyłam się w niego jak zaczarowana. Cudowne lata, które już na zawsze mnie ukształtowały.


Usłyszycie mój głos, bym mógł uczyć was, weźcie me dłonie, bym mógł sięgnąć was. Lecz me słowa jak ciche krople przepadły, echem się odbiły w studniach pełnych ciszy
Byłam małą dziewczynką, kiedy w mojej głowie zrodziła się myśl, że chcę zostać artystką. Myślę sobie, że wynika to z tego, iż dom, w którym się wychowywałam opierał się na sztuce różnego rodzaju. Tato był gitarzystą i malarzem. Mama była szkicownikiem. Ciotka grała na fortepianie. Lubiłam siedzieć z nią w pokoju, kiedy siadała na tym niewielkim stołku i po prostu słuchać jej gry. Tańczyłam wtedy po pokoju mówiąc, że jestem jak taka mała laleczka z pozytywki. Już wtedy zrodziła się we mnie pewna myśl. W mojej głowie zasiało się pewne ziarenko, kiedy z zainteresowaniem przyglądałam się mamie podczas jej pracy, czy też słuchałam taty. Często brałam na swoje drobne kolana gitarę, ale nie miałam w sobie tyle zapału, chęci... a może też ambicji w tym kierunku. Zaczynałam zamykać się w swoim własnym świecie, którego nikt nie mógł zrozumieć. Zrodził się on z niemego dźwięku ciszy, kiedy wszystko dookoła wydawało się takie trudne, a ja starałam się pomalować swój świat. Malowałam go rysunkami. Wszędzie, zawsze i po wszystkim. Nie liczyło się dla mnie to, że znajduję się z mamą na zakupach, siedzę w pociągu do babci, jestem w przedszkolu, szkole, czy też w poczekalni do lekarza. Wiedziałam, że muszę mieć przy sobie niewielki ołówek, który nosiłam za uchem i kawałek kartki. Chciałam zostać malarką. Iść w ślady mamy, a może trochę dalej niż robienie szkiców do ilustracji w książkach dla dzieci... ale coś się załamało, w pewnym momencie zwątpiłam w siebie. Siedziałam ze łzami nad kartką papieru. Patrzyłam na malunki ojca, na szkice mamy i doszłam do wniosku, że jestem po prostu beznadziejna w tym co robię. Rzuciłam ołówek, rzuciłam kartkę. Jednak musiałam coś robić. Czułam się obco w domu, w którym każdy miał jakąś pasję, każdy coś robił, a ja snułam się z kąta w kont, bez żadnej wartości. Wtedy w mojej głowie zapaliło się światełko, iż wcale nie muszę malować, aby coś opowiedzieć. Mogę to wszystko opisać. Zabawa słowem pisanym zaczęła sprawiać mi ogromną przyjemność. Po prostu otworzyłam swoje serce, swój świat. Zdałam sobie sprawę z tego, że właśnie za pomocą słowa na kartce mogę powiedzieć wszystko to co mi w duszy grało. Myślę sobie, że jestem perfekcjonistką w tym co robię, albo po prostu za dużo od siebie wymagam. Dla mnie każdy tekst, który napiszę musi coś za sobą nieść, mieć jakieś drugie dno. Nie widzę sensu w samym pisaniu dla pisania, aby zapchać jakąś dziurę. Zawsze staram się coś przekazać moimi opowiadaniami, zmienić kawałek świata, dotrzeć do pewnej grupki osób, wywołać u nich emocje. Raz wychodzi mi to lepiej, a raz gorzej, jednak wiem, że... mam do tego talent? Przez bardzo długi czas nie chciałam się przyznawać, ale teraz jestem świadoma faktu, że słowo pisane jest moim najlepszym przyjacielem, dzięki któremu mogę pokazać, kim jestem.

Życie jest nasze, żyjemy na swój własny sposób i zawsze ufajmy w to, kim jesteśmy. Nic innego się nie liczy
Przeszłam bardzo długą drogę, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, kim tak naprawdę jestem. Ciągle szukałam swojego miejsca na ziemi, swojego znaczenia w świecie, a przez to miotałam się w słowach, które pachniały udręką, w pustych dniach, które nic nie znaczyły. Stagnacja w moim życiu trwała zdecydowanie za długo, aż w końcu powiedziałam sobie, że dość i będę żyła na swój własny rachunek nie patrząc na to, co powiedzą inni. Rodzina, znajomi, przyjaciele. Odcięłam się od ludzi, którzy mnie nie rozumieli i ograniczali. Zerwałam kontakty z ludźmi, którzy chcieli układać moje życie na nowo, tak jak sobie sami wymyślili. Oni po prostu nie rozumieli mojego podejścia do życia, kiedy za drugim razem powiedziałam, że rzucam studia. Nie było sensu z nimi rozmawiać i słuchać ciągłych wyrzutów. Pamiętam ten ból w oczach rodziców, ich niepokój. Oni wymarzyli sobie dla mnie pewną przyszłość. Farmaceutka, pielęgniarka, dom, rodzina, dzieci, biały płot, pies... a ja wiedziałam, że tak naprawdę pragnę czegoś innego. Zawsze czułam się inna niż moi rówieśnicy. Z czasem zrozumiałam, że jest to po prostu wyjątkowość. Dziś wiem, że jestem niepoprawną romantyczką, która pragnie rzeczy prostych. Mieszkać w niewielkiej kawalerce, utrzymywać się z pisania scenariuszy, albo książek. Wieczorami chodzić do barów i wierzyć, że nieznajomi ludzie są o wiele bardziej warci niż przyjaciele, którzy wbijają nóż w plecy. Wiem jedno, na miejscu trzyma mnie tylko fakt, że uczęszczam jeszcze do szkoły, chociaż ciska się we mnie niecierpliwy duch, który pragnie po prostu wolności. Wsiąść w samochód, jechać autostradą przed siebie i krzyczeć piosenki Aerosmith, z wiatrem we włosach. Mama mówi mi, że jestem szalona, jestem nienormalna, ale ja czuję się wolna, kiedy idę wczesnym rankiem po plaży, patrzę na wschód słońca, a w dłoni trzymam butelkę z Tymbarkiem, który na kapslu mówi, że mam żyć pełnią życia. I żyję. Nie wiem, może kiedyś się ustatkuję. Może kiedyś założę rodzinę, pójdę jeszcze raz na studia. Urodzę dziecko... może, nie wykluczam tego, że w mojej głowie przestawi się jakaś klepka i zacznę myśleć tak jak powinnam w moim wieku. Mentalnie czuję się na naście lat i tak też idę przez ten świat. Bawię się. Wieczory spędzam na huśtawce, albo dachu szopki, a czas popijam herbatą z rumem. Następnego dnia śpię na zajęciach, ale to tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Odnalazłam swoje szczęście... wiem kim jestem i nie mam zamiaru się zmieniać. Pasja jest dziś dla mnie wyznacznikiem moich wszystkich wartości. Moje istnienie ma sens tylko wtedy, kiedy opiera się na pasji. Bez niej byłoby puste, wartości materialne nie mają już żadnego znaczenia. 

Każdej nocy modliłam się, by odnaleźć moich ludzi i w końcu ich znalazłam. Nie mieliśmy nic do stracenia. Nic do zyskania. Nic czego pożądaliśmy Żyj szybko. Umieraj młodo. Bądź dziki. I baw się. Wierzę w osobę, którą chcę się stać .A moje motto jest takie samo, jak zawsze: Wierzę w dobroć nieznajomych. Jestem w kontakcie ze swoimi najciemniejszymi fantazjami? Kieruję swoje życie dla siebie. Życie, w którym mogę je swobodnie odkrywać.


A tak na koniec - Jakby ktoś, jakimś dziwnym trafem, chciał się ze mną nawiązać kontakt, zadać mi pytanie, albo poznać mój świat, który tworzę też na innych stronach, to serdecznie zapraszam: 
Można do mnie śmiało pisać. Naprawdę nie gryzę i nie ma co się krępować. Pamiętajcie. Życie jest piękne i nigdy nie wątpcie w swoje marzenia. Wiara czyni cuda, a nadzieja umiera zawsze ostatnia. Liczy się to co macie w sercu, a reszta jest nieważna. 

2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie, podziwiam Cię. Bardzo. Jesteś dla mnie najlepsza, taką trochę idolką.
    Skończyłam czytać "Słodki Smak Łez", ale komentarz do niego napiszę Ci dopiero pod nowym rozdziałem "Nigdy Nie Mów Żegnaj".

    OdpowiedzUsuń